Panda ruda , czyli Oko w sieci

Tyle deszczu napadało nam od rana, tyle wody z każdej strony, że sam już nie wiem, gdzie ręce włożyć. Drugi termos tereré dochodzi do swej połowy, dziewczyny rozkosznie znudzone zerkają w mym kierunku i zanim każą mi gdzieś jechać lub rozstrzygnąć wiążącą kwestię „w co się bawić”, muszę się do czegoś przykleić. Przypiąłem się do laptopa, ech napiszę wreszcie coś, co noszę w sobie jeszcze od Europy. O mojej miłości, nie takiej właściwej isrealowej, kolorowo codziennie wielowymiarowej ale o wirtualnej, sieciowej. O Firefoksie.

Nie zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia. O gdzie tam, byłem dość oporny z początku, może dlatego, że jego ciotka Netscape była po prostu brzydka, toporna, jakaś taka trochę z innej bajki, z szarym tłem i w ogóle za kasę, kazała się rejestrować. I nawet jej wersja szósta, na którą już naprawdę czekałem (bo do czasu jej premiery konkurent, MSIE zdążył skaleczyć mnie już kilka razy), nie zachwyciła mnie . Nawet jego matka Mozilla, nie przekonała mnie za pierwszym razem, instalowałem ją od czasu do czasu, licząc, że może w końcu się w sobie zepnę, ale bez skutku, jakoś łatwiej mi było zaprzyjaźnić się z Netcaptorem (oj muszę uczciwie przyznać, że Netcaptor to był krok naprzód i każda przeglądarka coś mu zawdzięcza, n'est-ce pas?) czy Maxthonem niż rodziną gekona.

Aż przyszedł pamiętny dzień 6 grudnia 2002 roku. Coś mnie podkusiło, by pozmieniać sobie ikony na pulpicie. Postanowiłem poszukać w sieci eleganckiego zestawu. Odwiedziłem naprawdę tylko wyglądające mniej lub bardziej oficjalnie zbiory ikon, żadnych przekrętów, kraków, piratów ani innych astalavistów, zero bucówy, słowo daję. Lecz zamiast zbioru apetycznych ikon, niepostrzeżenie w moim komputerze wylądował nieapetyczny zbiór wirusów, totalna świnia i cholerna mać. Bez kawałka ostrzeżenia, pisku antywirusa, proś by potwierdzenia... Chyba tydzień zajęło mi doczyszczenie maszynki z tego całego szlamu. Kiedy z powrotem zameldowałem się w sieci, wiedziałem, że używam MSIE po raz ostatni!

Początkowo padło na Mozillę, znałem już ją trochę z zawodowych linuksowych, exceedowych sesji i nawet się otrzaskałem nieco (nawet mi trochę imponowała, że godzilla, że mosaic-killer, że czerwono-czarno-anarchistyczne kolorki...). Polubiliśmy się, poznaliśmy z bliska (już wtedy po całej głowie latały mi myśli w stylu, “no dlaczegóż to dlaczegóż! por diablos, nie przesiadłem się wcześniej!”). I naprawdę posłużyła mi długo. Każda jej część, i przeglądarka, i kalendarz, i composer (do klienta poczty nie przekonałem się nigdy, no ale jak się używa TheBata!, to chyba nie dziwota). Chyba jeszcze do jesieni zeszłego roku była to moja “poważniejsza” wypustka w Internet. Zainstalowałem ją nawet sobie po cichaczu na wszystkich komputerach i serwerach w pracy.

Jakoś od początku moją uwagę przyciągnął projekt pod nazwą Phoenix. Bawiłem się nim już od bardzo niskich zero-coś-tam wersji. Pamiętam, jak przygotowywałem prezentację i potrzebowałem szybkich skrinszotów różnych sieciowych ujawnień, użyłem Phoenixa (a może to już był Firebird?). Pracowałem w pośpiechu i bardzo ładnie mi wszystko wyszło. Dopiero w czasie prezentacji pokapowałem się, jak się diabeł cieszył. Audytorium poważne, dopięte, nadęte, że ja cię sunę, za oknami Wiedeń, a na skrinszoście na jednej zakładce efektowna technologia, a na drugiej “Aresztowanie pedofila”, albo na skrinszocie kolorowy schemat przepływu w głównej zakładce, a na sąsiedniej zakładce: “Lingerie”. Myślałem, że mnie szlag trafi na wszystkie strony! Na szczęście nikt nic nie ten, ani słowa, być może nie zauważyli, ale ja upociłem się jak świń zdechły!

Ale wracam do Phoenixa/Firebirda. Niby nic, śmiech nie przeglądarka, taka brzydula bez bajerów i wiecznie niedojrzała. Ale miała to, czego od przeglądarki oczekiwałem: była przeglądarką i służyła do przeglądania zartości www. Prosta, czysta i bezpieczna. Wszystko w jednym oknie, kilka stron w zakładkach (oficjalnie nazywa się to „karty” ale jakoś nie mogę przekonać się do tej nazwy, może dlatego, że nie używam polskich wersji programów). I tyle, nic więcej, czysty zen. Niebo jest niebem, wiosna wiosną, chmura chmurą, a przeglądarka – przeglądarką. Zagłębiałem się w nią coraz bardziej, kiedy zmieniła nazwę na Firefox byłem już solidnie uzależniony.

Aż wyszła w końcu wersja pierwsza jesienią 2004. Przyszedł czas triumfalnego “marszu po dziesięć milionów”, zainstalowałem go chyba wszystkim moim znajomym (i wyargumentowałem jego obecność na serwerach), była też akcja zbiórki na ogłoszenie w NYT, zaczynałem i kończyłem dzień wizytą na Spread Firefox i napawałem się licznikiem ściągnięć, i tym, co ludzie tam robili i opisywali. Człowiek miał poczucie, że na jego oczach powstaje coś nie spotykanego. Marsz po dziesięć milionów stał się marszem po dwadzieścia milionów, a potem po dziesięć procent. I te filmiki I dalej, dalej, dalej. Ech.

Wiem, że na miłość nie ma rady, ale jakbym miał powiedzieć, za co najbardziej lubię Firefoksa, oprócz jego prostoty – to byłyby dwie rzeczy. Rozszerzenia i możliwość posiadania kilku przeglądarek na raz.

Właśnie to było dla mnie największym zaskoczeniem. Okazało się, że zamiast jednej przeglądarki napakowanej rozszerzeniami i służącej do przeglądania wszystkiego, jak leci, mogę mieć ich kilka skonfigurowanych i dobranych wedle zastosowań. Znałem już co prawda profile z Netszkapy czy Mozilli, ale jakoś nie przyszło mi ich stosować, bo Mozilla to była Mozilla, czyli wszystko, i jakoś nie potrzebne mi było dwa-trzy razy wszystko. Firefoks nadawał się dużo lepiej, bo przychodził nagusieńki pierwotny, dużo łatwiej było mi go kształtować, wręcz kusił bogactwem rozszerzeń. I właściwie to był też kres moich poszukiwań - przynajmniej na jakiś czas. I tak jak TheBat! jest dla mnie idealnym klientem pocztowym, Komodo idealnym edytorem (no dobra, gVima też kocham), Firefoks stał się idealną przeglądarką.

Obecnie tych profili jest pięć i wspaniale nadają się do wszystkiego, co mam do zrobienia lub, czego szukam w sieci. Oczywiście nie jest to możliwe z marszu, trzeba najpierw ustawić odpowiednia zmienną środowiskową. Robi się to tak:

  1. Klikawka prawym klawiszem w MyComputer (Mój komputer)
  2. Wybranka opcji menu Properties (Właściwości) przeskok do zakładki Advanced (Zaawansowane).
  3. Klikawka na Environtment Variables (Zmienne środowiskowe).
  4. W sekcji User Variables (Zmienne użytkownika) wybiórka New (Nowa).
  5. Nazwa: MOZ_NO_REMOTE, a wartość: 1. Zachować, nie miąć, nie szarpać, lata posłuży.

A jakie to mam te moje profile, że się tak chwalę? Otóż:

Profil Pierwszy - Ogólniak.

Profil ten służy oczywiście do zwykłego, codziennego przeglądania (brandzlowania po sieci). Ponadto oprócz codziennych rutynowych odwiedzin, nosi on też na sobie ciężar odkrywania nowych przestrzeni i zaglądania w miejsca nie do końca pewne. Dlatego też ma maksymalną ilość blokad i wyłączeń. Jest wyposażony w czytnik RSSów i parę innych cwanych rozszerzeń (o rozszerzeniach będę pisał następnom razom). Nie ma w nim raczej żadnych zaawansowanych funkcji - unikałem przeładowania. Bo jest profil pasywny. Jeśli nowo poznana strona jest ciekawa i warta bliższego i częstszego z nią obcowania, zostaje zapamiętana w del.icio.us i zostaje otwarta w innym profilu. Wygląd dobrany schludnie w miarę możliwości defaultowy.

Profil Drugi - Rozra.

Może jego nazwa powinna brzmieć multimedia. Jest to profil, który również służy do przeglądania sieci i jest taki mniej więcej pasywny, ale którego zadaniem jest obsługa wszelkich multimedialnych i wizualnych części sieci, że o torrentach nie wspomnę. Dlatego nie ma tu blokad wszelkich ruchomych elementów. Wyposażony jest za to w różne rozszerzenia pozwalające wygodnie przeglądać sie różnym flashom, filmikom, zbiorom zdjęć i ilustracji. Ta ma zawsze jakiś wygląd chamsko-pół-średni w stylu “Pimpzilli”. A co?

Profile Trzeci – Dezajn.

Ten profil służy przeważnie do oglądania i smakowania wyrafinowanych stron sieci. Uzbrojony jest w mnóstwo rozszerzeń pomagających wykryć, zrozumieć i ocenić wszelkie projektanckie smaczki i wpadki. Bardzo ciężki profil - zawiera dużo ciężkich rozszerzeń a do tego kilkanaście zakładek permanentnie otwartych. Wygląd zawsze apple'opodobny (a nie prawda, bo od miesiąca ma wygląd operowy). No bo jakże by inaczej?

Profil Czwarty – Test.

Ten profil powstał chyba jako drugi w kolejności - prawdopodobnie inspirowany artykułem Erika Meyera. Służy mi do testowania własnych kreacji i pomysłów. Służy też do eksperymentów z javascriptem i PHP. Profil leciutki, wyposażony tylko w rozszerzenia sprawdzające i debuggery. Wyglądem przypomina Mozillę, czyli ozdabia go cała rodzina Orbitów.

Profil Piąty – Socjal.

Last but not least. Ostatni, który powstał, inspirowany Flockiem, kiedy odkryłem, że nie muszę instalować sobie nowego programu, przyzwyczajać się i konfigurować wszystkiego od nowa, wystarczy, że dodam sobie nowy profil odpowiednio skonfigurowany, poczułem się, jakbym dostał Firefoksa jeszcze raz. Profil dość dziwny, napakowany dodatkowymi paskami i ikonkami. Ma też zdecydowaną tendencję do stawania się profilem podstawowym. Wszelkie diggi, mangolie, reddity, wykopy, listible, stumbleupony, technoraty, kaboodle czują się jak u siebie w domu.

I tak to mniej więcej wygląda, mimo mojego ogromnego szacunku do Opery, Seamonkey, rispektu dla Flocka i K-Meleona, czuję, że przynajmniej na tę parę lat jestem nieźle urządzony i obsłużony. I jeśli z dnia na dzień zachce mi się odmieniać, przerabiać moje okienko na sieć, wystarczy stworzyć profil albo przetasować rozszerzenia w istniejących. I tyle.

Właśnie wyszła wersja druga, ale nie mam wobec niej zbyt wielkich wymagań, choć daje radę. Może tylko, żeby trochę mniej pamięci jadła...

 

Pod-Tekst, czyli Wartość dodana

Tę pszczółkę, którą tu widzicie zowią Mają
Wszyscy Maję znają i kochają