Komo te szamasz, czyli jak się nazywasz


Teoretycznie ojciec dali mi proste imię. Leszek. Dwie sylaby, zgłoski obecne chyba w każdym języku, bez znaków diakrytycznych, nie żaden tam Grzegorz czy Zdzisław (Ździsiu). Wydawało się, że żadna nacja nie powinna mieć problemu. A jednak.
Zaczęło się już we Francji, bo po francusku moje imię ma aż cztery znaczenia. Najpopularniejsze (niefajne) – L’échec, czyli porażka, przeszkoda. Ale też najsympatyczniejsze l’échec – czyli szach, jak w grze w szachy (wymawiane najczęściej échec et mat – szach-mat). Potem le cheik – szejk (któryś Francuz spytał, czy jestem Arabem, byłbym pierwszym rudym Arabem na świecie), le chèque – czek bankowy. Do tego można dodać l’échelle (drabina, skala) lub po prostu échelle, bez rodzajnika ma się kurde rozumieć. Ale to jeszcze pół biedy, bo byłem nadal Leszkiem. Co prawda moje nazwisko było dla nich nie do wymówienia, więc byłem Monsieur Machin.
Japończycy nazwiska nie byli w stanie nawet spróbować wymówić, ale byłem dla nich Resiek-san.
Co dziwne Niemcy, nigdy nie mieli problemu z wymówieniem mojego nazwiska, trochę czasami przekręcają, ale wiadomo, że chodzi o mnie. Z imieniem już gorzej, peszy ich to “sz”, więc wymawiają Lezek albo Lesek, nawet kiedy tłumaczę i piszę im takimi wołami, że wymawia się, jakby było napisane Leschek. To i tak po tygodniu dostaję maila zaczynającego się do “Hallo Lescek”.
No ale to Europa i mimo trudności mogłem pozostać sobą. Schody (a może drabina l’échelle) zaczęły się w Afryce. W Sierra Leone za nic nie mogli wymówić ani imienia ani nazwiska. W najlepszym wypadku byłem Lee. W koncu musiałem coś wymyślić. A skoro wszyscy mnie biorą za Irlandczyka, podałem pierwsze znajome irlandzko brzmiące nazwisko – James Douglas Morrison. I stałem się Jamesem. Wszystko się potwierdzało, wygląda jak Irlandczyk, gada inaczej niż brytyjscy komandosi, i w ogóle się z nimi nie kuma a do tego ma skórę białą jak jasna cholera.
A Paragwaju – to już całkiem inna historia. Leszek okazał się nie do wymówienia i w ogóle jakiś taki bárbaro. James na początku się podobał, ale potem brzmiał za bardzo gringo. Więc nadali mi imię Alberto. W Paragwaju nazywam się Alberto albo don Alberto. Sekretarki w biurze mówią do mnie per Albert – no bo to brzmi bardziej zagranicznie, w końcu jestem el ingeniero extranjero.
Ale Leszek się jeszcze tam gdzieś kołatał, niektórzy, co odważniejsi, próbowali to wymówić, efekt – Leche (mleko), co brzmiało na tyle podobnie do mojego prawdziwego nazwiska, że protokołach różnych komisji odbiorczych stałem się ingeniero Leche.
Dziś, jeśli ktoś mnie spyta – ¿cómo te llamas? (czy z argentyńska – y-vo-komo-te-siamas, lub brazylisjka komo-te-szamasz) – mówię, że nazywam się Alberto Leche.

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>