Archive for February, 2007

Jak przyrządzać mate/terere

Feb 27th, 2007 Posted in Mate | | no comment »

W końcu zebrałem się w sobie, żeby napisać, jak się “robi mate”. Całe życie myślałem, że wiem, ale mnie wyprowadzono z błędu. Teoretycznie w różnych miejscach są instrukcje obsługi, ale ja sam nigdy nie umiałem tych instrukcji przełożyć na czyny i w efekcie robiłem tak, jak mi się zdawało.
Grzała baba mate, nie wiedziała jak, a dziad wiedział i powiedział, a to było tak:

Woda

Tutaj sprawa jest mniej lub więcej prosta. Do mate trzeba wody ciepłej, od 60 do 80 stopni. Jaka to ma być woda, najlepiej sobie uzmysłowić, jeśli wyobrazimy sobie jak, była przygotowywana kiedyś. Był kociołek lub czajniczek który stawiano na ogniu i kiedy woda zaczynała się burzyć zalewano zioła, potem czajniczek/kociołek stawiano blisko ognia, żeby woda była ciepła, ale nie wygotowała się. Oczywiście w warunkach dzisiejszych trudno jest to powtórzyć ten eksperyment, więc robi się dużo prościej (w ogóle Paragwajczycy są ludźmi, którzy mają tendencję do maksymalnego upraszczania sobie życia). Po prostu gotuje się wodę, a potem się czeka trochę, aż ostygnie do tych 80-60 stopni, wlewa się ją do termosu i zalewa ziółka. Można też postawić czajnik na maleńkim gazie.
Do tereré woda musi być po prostu zimna, im zimniejsza, tym lepsza. Porządna tereré przy pierwszym łyku aż zatyka, ale nie ma obowiązku się tak mordować, jeśli ktoś nie lubi. Po prostu tereré jest smaczniejsza, gdy woda jest zimniejsza. Tutaj wszędzie w biurach i hotelach stoją dystrybutory z wodą (zupełnie takie same, jak w Europie czy Stanach z wielką niebieską butlą na górze). Z nich nalewa się wodę do termosu. Można do tego termosu nawrzucać lodu. Termosy do mate i terere różnią się dość znacznie – do mate używa się termosów zwyczajnych z termoizolującym wkładem, a do terere termosy są większe i plastikowe. (ale o termosach będzie kiedy indziej)

Zasypka

Sypiemy do guampy czy tykwy czy co tam kto ma pod ręką dużo mate. Tak spokojnie pół, albo więcej naczynia powinno być zapełnione ziołami. Jest tak, nie dlatego, że mamy pić mate-szatana, ale dlatego, że moc zasypki będziemy zużywać na raty. Czyli nie tak jak herbatę lub kawę na full power, tylko za każdym nalaniem będziemy wyciągać po trochu. Jest to oczywiście również związane z ułatwianiem sobie życia, można by nasypać tyle, ile jest potrzebne na raz, potem umyć naczynie, potem znowu zalać i tak dalej. Tyle że picie mate/terere jest czynnością powtarzalną a nie jednorazową. Więc człowiek nie będzie co 10 minut biegał i czyścił ten kubek. Robi się to raz – dwa w ciągu dnia.

Formowanie

Nasypane zioła należy uformować w naczyniu w specyficzny sposób. Zioła powinny być ułożone ukośnie – z jednej strony powinny sięgać szczytu naczynia, a z drugiej odsłaniać dno. Jest to potrzebne żeby jak największa ilość mate miała kontakt z wodą jednocześnie, przy okazji pozwala kontrolować ilość cieczy w naczyniu. Jeśli ułożymy mate poziomo, rownolegle do dna naczynia cała woda będzie nam w to wsiąkać i powstanie coś w rodzaju błota. Przy formowaniu bardzo przydaje się bombilla, bo za jej pomocą można przyciskać mate do ścianki naczynia.

Zalewanie

I teraz najważniejsze. Zalewanie – uwaga pierwsza – lejemy zawsze tylko tyle, ile możemy na raz wypić. Nie zostawiamy cieczy w naczyniu, bo wtedy woda naciągnie i mate będzie niedobra. Zalewanie – uwaga druga – lejemy nie na mate, tylko jak najwięcej na to odsłonięte dno. Z czasem co prawda zioło w naczyniu się wypoziomuje, ale im później tym lepiej, zresztą możemy też w ten sposób kontrolować moc płynu jaki pijemy, manipulując kubkiem i zmniejszając powierzchnię kontaktu wody z płynem. Jeśli fusy wypoziomują się, wyrównujemy powierzchnię zioła bombillą. Prawdziwi materos zawsze najpierw leją tak, żeby zioło wciągnęło całą wodę, piją dopiero od drugiego zalania. Ja natomiast bardzo lubię świeżą mate zalaną wodą, więc piję od razu.

Picie

Jak zostało już wyżej powiedziane, wypijamy wszystko, co się znajduje w naczyniu, nie zostawiamy w nim nic cieczy, aż do następnego zalania. Sam zrozumiałem to dopiero po tym, jak wywaliłem sobie cały kubek terere na klawiaturę laptopa.
Pije się przez cały czas, jest to czynność bardzo przyjemna, zdrowa, zastępuje palenie papierosów, dłubanie w nosie, obgryzanie paznokci, polerowanie orzeszków i drapanie po głowie, czyli dość skutecznie zajmuje ręce i umysł.
Trzeba też pamiętać, że picie mate/terere jest czynnością społeczną, więc zawsze kilka osób pije z jednego kubka po kolei, każdy ciągnie do dna i oddaje temu, kto nalewa. Ale to już temat na osobną notatkę.

My FireFox is lovely and sharp

Feb 15th, 2007 Posted in Browsers | | no comment »

Rozglądając się za jakąś nową skórką, która poprawiłaby moje samopoczucie buszowania po internecie, natrafiłem na taki dość ciekawy pomysł. Przemalować firefoksa na msie7. Wiem, że pomysł wcale nie nowy ani oryginalny, pamiętam zmarły projekt FirefoxIE, sam zresztą używałem skórki z Opery dla firefoksa (K-Meleon do dzisiaj chodzi przebrany za Operę), ale ten jest jakiś taki szybki, bezinwazyjny i sympatyczny.

screenshot ff

Używam go ostatnio i mam kupę zabawy z tym, jak udaje mi się oszukać samego siebie. Cały czas łapię się  na tym, że myślę : “zaraz… jak się w msie odzyskuje zamkniętą zakładkę…”, albo: “… gdzie się ustawiało to czy tamto…”. A to przecież mój stary, kochany Firefox, tylko przebrany za wilka.

Egzorcyzmy dla Babilonu

Feb 3rd, 2007 Posted in Browsers | | no comment »

Wczoraj, jakoś tak nie wiem, dlaczego, zajrzało mi się na blog MSIE. A tam taka notka. Ta słynna Molly wstąpiła do Babilonu!  Jak wynika z wpisu ma się tam zajmować następującymi rzeczami:

  • tworzeniem materiałów i zasobów dla programistów sieciowych i dezajnerów, oczywiście mając na celu poprawę zgodności ze standardami;
  • pracą z Microsoftem czy może dokładniej nad Microsoftem;
  • dodatkowo będzie prowadzić bloga Daily Molly.

Wielu ludzi pewnie potępiłoby taki czyn, ale ja uważam, że to bardzo dobra wiadomość. Środowisko dezajnerów (tych najbardziej znanych) pomimo codziennych trudności w oswajaniu MSIE, dzięki postawie głównych swych animatorów jak Eric Meyer, Goeffrey Zeldman czy Big John Gallant, jest wolna od frustracji i walk frakcyjnych (myślę, że polskim wyznawcom Opery przydałoby się poczytać trochę Zeldmana albo Meyera albo najlepiej grupę css-discuss). Zamiast traktować MS jako wroga, widzą w nim bardziej chory organizm, któremu trzeba pomóc. Dlatego Molly Holzschlag weszła do jaskini smoka, by go oswoić dla dobra użytkowników i pracowników Internetu.
Tak jak w czasach wojny wietnamskiej antywojenni demonstranci próbowali egzorcyzmować Pentagon, tak samo Molly Holzschlag będzię próbować wypędzić złego ducha z Microsoftu. Myślę, że ma większe szanse niż Jerry Rubin i Abbie Hoffmann z kolegami.