Codziennie wypijam ze dwa litry tereré. Piję ją w pracy, piję ją w domu, piję na okrągło (jeszcze trochę a będę jak prawdziwy Paragwajczyk nosił termos na ulicy). Mam już dwa termosy, dwa kubki i dwie bombille. Piję zwykłą, piję tereré z miętą, piję tereré z innymi ziołami, których nazw nawet nie jestem w stanie zapamiętać. Tereré daje mi witaminy, minerały, oczyszcza mnie i delikatnie pobudza.
Jak dawni Mongołowie odmierzali odległość czajnikami wypitej w podróży herbaty, tak ja mogę mierzyć czas termosami wypitej tereré. W pracy stukam w kawiaturę i pociągam kilka łyków tereré na przemian, uzupełniam wodę w termosie, dosypuję nowej mate do kubka. Dzień pracy zaczynam od napełnienia termosa, kończę myciem termosa i drewnianego kubka. Pierwsza czynność w do po powrocie z pracy – napełnienie drugiego termosa zimną wodą z lodówki i nasypanie świeżej porcji mate. I tak przez cały tydzień.
Gdzieś za miesiąc, kiedy zima zacznie się na poważnie, będę robił to samo, tylko na ciepło. Guaranizacja mojej osoby postępuje sobie bez przeszkód.
W polskiej polityce wiosna nieradosna czegoś. Jak niegdyś Wałęsa własnoręcznie rozniósł na strzępy resztki szacunku, jakie do niego miałem, tak teraz bracia Kaczyńscy wywołują we mnie już tylko litość i zażenowanie. W polskiej polityce nastał czas wiochy. Po prostu autentycznej, chamskiej, szarej wiochy z siną, zapuchniętą gębą i powyłamywanymi zębami… Wcześniej, kiedy były czasy złodzieja o tłustych łapkach i czerwonym karku, myślałem, że gorzej być nie może. A tu proszę, nie doceniłem.
Dlatego chciałbym może popisać o polityce w Paragwaju. O polityce na prowincji, w dobrym i złym znaczeniu tego słowa. Jednak nie będę się jeszcze wgłębiał w niuanse tutejszego ustroju i starał się o osąd tego, co się tutaj wyprawia. Za krótko tu mieszkam, za krótko czytam gazety, za mało rozmawiam z ludźmi. Nawet na manifestację nie miałem czasu iść.
Ale pewien jestem jednego – Paragwaj i jego klasa polityczna warci są uwagi Polaków. I to szczególnej. Dlaczego? Bo to, co się tutaj odbywa, powinno być ostrzeżeniem. Kiedyś hrabia de Mirabeu napisał, po swej tajnej podróży po Prusach Fryderyka Wielkiego, że to nie państwo, które posiada armię, tylko armia, która posiada państwo. Podobnie jest w Paragwaju, to nie państwo, które ma polityków, tylko politycy którzy posiadają państwo. Na własność. Paragwaj należy do nich w całości, z ziemią, zasobami, przemysłem, miastami, wsiami i mieszkańcami. Jest tutaj owszem , parlament, partie polityczne, sądy i trybunały. Ale wszystko jest własnością jednej partii, która manipuluje tym wszystkim jak jej się podoba. Partia, która kpi sobie z opinii publicznej, prawa, konstytucji. Nie musi się o nic troszczyć, przecież to wszystko należy do niej.
I to jest właśnie przestroga – jeśli te wszystkie eseldowskie mendrale i pisowskie przygłupy zreazlizują swój Wielki Plan, w Polsce będziemy mieli to samo. Wszyscy Polacy będą żyć na łasce i niełasce doraźnego celu aktualnej władzy. A w gazety będą opowiadać historie bezkarności.
Zabrałem się trochę za porządki w WordPressie. Zrobiłem mu updejt i bakap. Dodałem troszkę pluginów: przede wszystkim administracyjnych. Wreszcie część administracyjna wygląda jak człowiek, a nawet ma fajne menu. Ściągnąłem sobie też kilka nowych tematów wyglądu, ale póki co, nie będę nic zmieniał, bo troszkę się namęczyłem w dostosowaniu teraźniejszego. No cóż trzeba będzie niedługo jakoś się gdzieś ujawnić. Może wywołać jakiś skandal? Kogoś oskarżyć o plagiat? Jakiś flejm z którąś sieciowych świętych krów? E tam…
Zresztą nie pali mi się, i nie mam też za bardzo czasu na czytanie komentarzy.
Jakoś tak w czasie, kiedyśmy zjeżdżali nad wodospady, spadł na naszą guarańską stolicę groźny i mroźny pampero. Antarktyczny wiatr zaduł poprzez Pampę i zbił temperaturę z nóg. A więc jest zimno. W końcu takie jest odwieczne prawo natury, jest zima, więc musi być zimno. Zamiast domyślnych trzydziestu paru i kliku kresek temperatura stoczyła się do poziomu dwudziestu stopni! (a nocą to nawet i szesnaście, co ja mówię, dziesięć bywa! co za degrengolada). Mamy więc stan zimy. Wszyscy Paragwajczycy powyciągali swoje najcenniejsze kurtki, swetry, pulowery, szaliki, kozaki a nawet, uwaga! czapki wełniane! To nic, że naokoło panuje temperatura 25 stopni Celsjusza i przyświeca śliczne słoneczko.Jest zima por diablos i nie ma to tamto!
Jak dla nas, gringos, to bardzo ładna, świeża letnia lub późnowiosenna pogoda. Razem z Vladem pomykamy po biurze i mieście, ja w samej koszuli, on już zupełnie jak nudysta – w koszuli z krótkim rękawkiem. I jest nam ciepło. Mało tego, korzystamy z dobrodziejstw klimatyzacji w biurze i samimochodzie! Natomiast reszta świata zakutana jak na listopad.
Już w roku 2000 zacząłem snuć podejrzenia, że zepsuł mi się jakiś wewnętrzny termostat, kiedy mniej więcej o tej samej porze, znalazłem się wśród takiego opatulonego towarzystwa w szortach i tiszercie. Czułem się prawie goły. I teraz jest podobnie. Jesteśmy otoczeni przez ludzi, którzy nigdy nie widzieli śniegu! Którzy nie rzucali się kulkami, nie natarli serdecznie śniegiem ulubionej koleżanki, nie zjechali na sankach, nartach, łyżwach i innym jabłuszku. Ludzi, którzy nigdy nie poszli poślizgać sie po szkole, którzy nie wracali do domu przemoczeni, przemarznięci ale szczęśliwi, którzy nie przytulili się do pieca lub kaloryfera, ani nie zaznali rozkoszy herbaty z cytryną… Którym chciałoby się powiedzieć: Co wy ku… wiecie o zimie?!
Według prognoz taka temperatura utrzyma się do końca czerwca. Hu ha! Nasza zima zła!
Tysiąc pięćdziesiąt cztery kilometry, trzy kraje (a właściwie dwa, bo nas do podłe Argentyńce nie wpuściły, taki to naród nieużytków), dwa hotele, cztery języki, sześćset zdjęć oraz tony adrenaliny zużyte po drodze. I wszystko w trzy dni. Cel – wodospany Iguazu i misje jezuickie. Co prawda nie jest wielką sztuką przejechanie takiej trasy i to w trzy dni. Sztuką jest przejechanie takiej trasy w kraju, gdzie dopuszczalna prędkość to 80km/h a po drodze włóczą się ciężarowe trupy, które zdychają na każdej górce, samochodem o silniku pojemności jednego litra :) Że nas te paragwajskie machisty nie ubiły, kiedy wyprzedzałem ich te wypasione Monteros, Pajeros, Patroles taką małą kwadratową torpedą :). Jakaż to musi być zniewaga dla takiego prawdziwego (wyperfurmowanego) mężczyzny! Chyba gorzej niż gdyby kobieta napluła mu na jego piękne pantofle z frędzelkami. Potwarz. Ale chociaż coś się działo. A wszystko to w rytm argentyńskiego i rosyjskiego rocka przemieszanego z Budką Suflera (kolega Vlad, który był pilotem i didżejem wycieczki, jest wielkim fanem Cugowskiego i Lipki, dlatego swego czasu wypaliłem mu całą płytę z dyskografią BS, więc teraz miałem za swoje!)
Było ciekawie, jeszcze pewnie będę o poszczególnych aspektach tej peregrynacji do wodospadów i ruin pisać.