Archive for April, 2006

Futbol I

Apr 28th, 2006 Posted in Paragwaj | | no comment »

Ja się wcale nie dziwię, że oni tak kochają futbol. Skoro piłka nazywa się pelota a boisko cancha.
Na pewno o futbolu będę pisał jeszcze. Póki co, wiem z doświadzenia z Ligą Mistrzów, że będę miał
nielekko w czasie Mundialu. Będzie trzeba wstawać wcześniej, zasuwać do pracy, pracować, pracować. A potem koło drugiej na almuerzo, czyli lanch i na mecz, w ramach siesty. A po meczu z powrotem do pracy. Za to atmosferkę do oglądania będę miał rewelacyjną. Co prawda będzie to nie tak egzotyczne jak w 2002 roku w Sierra Leone, ale za to publiczność zna się tutaj na piłce.
Kiedy oglądaliśmy z Vladem wczoraj Barcelonę-Milan, bez przerwy różni ludzie dopytywali się, kto my por diablos jesteśmy. Alemanes? – a ja na to – No, Polaco y Ruso. Z jakiegoś powodu wprawiało ich to w zachwyt. Jeszcze dopytywali się kim jesteśmy – Misionarios? Co z kolei mnie wprawiło w zachwyt. To chyba dlatego, że obaj byliśmy w krawatach. Powiedziałem: no, informaticos. A oni: Hackeros? A ja na to: No, bomberos. I tylko kolejny niesamowity rajd Giuly’ego przerwał tę konwersację.

Przed wyjazdem

Apr 27th, 2006 Posted in Paragwaj | | no comment »

W końcu trzeba się za to wziąć. Za dużo wrażeń, spotrzeżeń mi ucieka, a każdy dzień jest na swój sposób ciekawy. Już miesiąc tu jesteśmy i cały czas nie tęsknię do Europy. No cóż…
Dzisiaj, kiedy Barcelona dostała się do finału LM, oglądaliśmy mecz z Vladikiem w brazylijskiej jadłodajni (a właściwie może barze mlecznym, gdzie obiad kupuje się na kilogramy – czyli nakładasz na talerz ile chcesz, i czego chcesz, a potem pani waży talerz i płacisz), kiedy dowiedziałem się, że przyszłość mojego wydziału maluje się coraz bardziej różowo, kiedy w końcu skonfigurowałem pieprzoną drukarkę w pieprzonej sieci i mogłem wydrukować wsyzstkie moje umowy i ubezpiecznia, chyba jest dobry moment na rozpoczęcie blogowej regularności.
Zacznę od początku.
Przed wyjazdem. Strasznie trudno jest się przygotować do dziesięciomiesięcznego wyjazdu. Teoretycznie miałem dość czasu, żeby wszystko pozałatwiać, wszystko przemyśleć, przewidzieć i zaplanować, punkt po punkcie. Jednak to jest dziwna sytuacja, bo nie wiadomo, kiedy zacząć się pakować, kiedy zacząć rozsyłać pisma o zawieszenie usług w różnych sieciach, kiedy przerwać prenumeraty, kogo zawiadomić, komu co dać na przechowanie, komu dać pod opiekę nasze lary i penaty, klucze, rośliny…
Oczywiście wszystko szło jakoś spokojnie, powoli, czas się wypełniał, aż nagle jakoś tak dwa tygodnie przed datą wyjazdu, wszystko niemożliwie przyspieszyło. Zaczęło się tyle dziać i zmieniać tak karkołomnie, rzeczy proste do zalatwienia stawały się niemożliwe, że bałem się, że nie dam rady ze wszystkim nadążyć. No i? Ja jakoś nadążyłem, zaspali inni. Tak więc wyjeżdżałem na co najmniej dziesięciomiesięczny koktrakt bez umowy, potwierdzonego ubezpieczenia, zakresu obowiązków, bez sprzętu i tak dalej, i tak dalej.
Co prawda nie przerażało mnie to, miałem już kompletnie dość tego wyluzowania wszystkich innych, miałem dość Europy, Polski, Niemiec i tego wszechobecnego uwikłania w poukładaną codzienność. Wylecieć, zostawić to w cholerę…
Ale najpierw było przygotowanie mieszkanka. Podstawową trudnością było wytłumaczenie Talicie, o co chodzi. Że wyjeżdżamy na bardzo długo, że wszystko, co zostanie na wierzchu, a nie jest zrobione z solidnego materiału, po naszym powrocie będzie do wywalenia, że wszystko obrośnie, o taką warstwą kurzu, że wszystko, co da się schować za jakimiś drzwiami, szybą, wieczkiem, w pudełku, w szafce, w szufladzie, pod łóżkiem, pod folią, należy schować. Olgita zrozumiała to od razu, wyczyszczenie jej pokoju trwało ze cztery godziny. Spakowała się też bardzo rozsądnie, głównie Polly i ze dwie Barbolce, oraz przenośnego Chińczyka, będzie jak znalazł w samolocie i na lotniskach.
Talita była kompletnie zagubiona, najpierw zapakowała zimowe ubrania, kiedy wytłumaczyłem jej, że jedziemy do kraju, gdzie zima wyglada jak nasza wiosna, zmieniła wszystkie na letnie. Kiedy zacząłem tłumaczyć, żeby nie przesadzała w drugą stronę, że jak powieje pampero, temperatura spadnie o kilkanaście stopni w ciągu doby, przydadzą się długie spodnie i sweter, wściekła się i powiedziała, że nie jedzie…
Nie chcę sie rozwodzić za długo na ten temat, jakoś wszystko udało się dopiąć, nawet sąsiadów i hausmajstra zawiadomić.
Jeszcze w niedzielę rano, jak dziewczyny spały poszedłem sobie na spacer po Oberkaszlu. Piękna późnozimowa albo wczesnowiosenna pogoda. Temperatura gdzieś około minus piątki. Świeżutkie słoneczko, czyste równe chodniki, przytulone do siebie domy, drzewa bez liści. Pewnie przyjdzie moment, że do tego zatęsknię… Na razie, chcę wyjechać.